-
Niosły pomoc cierpiącym w szpitalach w Hrubieszowie i Tomaszowie Lubelskim. Ukrywały żydowskie dzieci w Turkowicach. Służyły w Tyszowcach. Tak było do lat 60., kiedy Siostry Służebniczki NMP wyrzucono ze szpitali i sierocińców.
O Siostrach Służebniczkach, o tym, że były w Tomaszowie, Hrubieszowie już mało kto pamięta. Tymczasem ocalała przynajmniej część archiwalnych zdjęć i dokumentów z tamtych czasów. Wszystkie są przechowywane przez Siostry Służebniczki w Starej Wsi, koło Krosna. I to właśnie siostry, które mieszkają na Podkarpaciu opowiadają o tym, jak wyglądało życie zakonnic z ich zgromadzenia na Zamojszczyźnie.
Tomaszów? Było strasznie!
„Szpital zapluskwiony, kilkunastołóżkowy, wygląda jak przytułek dla starców" - napisała jedna z sióstr, gdy po raz pierwszy - 5 listopada 1927 roku - z innymi zakonnicami przyjechała do Tomaszowa Lubelskiego. Do miasteczka zaprosił je doktor Janusz Peter, który właśnie objął kierownictwo nad placówką i potrzebował personelu.
Siostry były przerażone, ale i zaskoczone. Bo co innego obiecywała im zakonnica we Lwowie, która wręcz namawiała do przyjazdu do Tomaszowa i pracy w szpitalu. Jakby tego było mało, w czasie podróży zaginęły bagaże zakonnic. Przepadły bielizna i pościel. Wprawdzie bagaże się odnalazły, ale dopiero po dwóch miesiącach!
Doktor Janusz Peter nie bacząc na utyskiwania sióstr rozlokował je w... budynku gospodarczym. Nieogrzewanym. W pomieszczeniach nie było krzeseł, a na łóżkach leżały tylko skromne koce. Mniszki w pokorze znosiły te wszystkie niewygody. Warunki, w jakich przyszło im żyć poruszyły Eleonorę Jankiewicz, Generalną Przełożoną Zgromadzenia Sióstr Służebniczek. Ta pisała w tej sprawie listy do Wydziału Powiatowego tomaszowskiego Sejmiku Powiatowego. Ale nic się nie zmieniło. Bo i po prawdzie nie za bardzo mogło. Biedny szpital w Tomaszowie nie był w stanie zaoferować niczego więcej.
Trudno się dziwić, że współpraca sióstr z doktorem Januszem Peterem na początku układała się fatalnie. W prowadzonym przez siebie dzienniku siostry zanotowały, że gdy miały jakieś krytyczne uwagi dotyczące warunków w jakich muszą mieszkać, dr Peter reagował nerwowo. Krzyczał: „jak się wam nie podoba, możecie zabierać się z powrotem". Ponoć zdarzało się doktorowi besztać siostry z byle powodu. Służebniczki nie byłyby jednak godne przywdziewania habitów, gdyby skapitulowały. Postanowiły wytrwać, i tak się stało.
Siostry służebniczki "starowiejskie" służące w Tomaszowie Lubelskim
W szpitalu pracowały jako pielęgniarki, prowadziły kuchnię, pralnię, zajmowały się administracją i apteką, opiekowały się szpitalną kaplicą. Kiedy w czerwcu 1934 roku miasto dotknęła epidemia tyfusu, to właśnie na zakonnice spadł ciężar opiekowania się dzień i noc chorymi.
„Pracy dużo, bo każdego osobno trzeba było skąpać i oczyścić ze wszy" - zanotowały w szpitalnym dzienniku.
Mniszki zapadały na choroby. Tak było z siostrą Sylwią Sznajder, późniejszą przełożoną domu zakonnego w Tomaszowie i Generalną Przełożoną Zgromadzenia. W 1938 roku, na tyfus plamisty zmarła siostra Henryka.
Turkowickie dzieci
Siostrom Służebniczkom nie wolno było wstępować do żadnych organizacji, ale w czasie okupacji nie mogły pozostać obojętne na to, co się działo w kraju. Leczyły partyzantów, ukrywały w szpitalu „spalonych", czyli osoby poszukiwane przez Niemców. Wspomina o tym choćby doktor Janusz Peter w swojej książce „Tomaszowskie za okupacji". Siostra Angela Majewska w 2000 roku za swoje zasługi dla Armii Krajowej została przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego awansowana na podporucznika Wojska Polskiego.
To właśnie Siostrom Służebniczkom NMP swoje życie zawdzięcza ponad 30 dzieci żydowskich, które znalazły schronienie w zakładzie w Turkowicach.
- Do Turkowic trafiły te o najbardziej semickim wyglądzie - mówi siostra Marta Komborska ze Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMP w Starej Wsi, która odpowiada za archiwum zgromadzenia.
Ale Siostry Służebniczki NMP były w Turkowicach już na długo przed wybuchem wojny.
Do zakładu dla sierot wojennych przyjechały w lutym 1919 roku, na prośbę Głównego Komitetu Pomocy Powracającym do Kraju. Zajęły się edukacją, wychowywaniem dzieci i młodzieży, opieką pielęgniarską, tak dzieci, jak też okolicznych mieszkańców. Prowadziły kursy krawiectwa. Opiekowały się miejscowym kościołem. Ton placówce nadała charyzmatyczna siostra Stanisława Polechajłło, która w grudniu 1921 roku objęła funkcję przełożonej zakładu.
Grupa przedszkolna z sierocińca w Turkowicach. Fotografia wykonana w 1935 roku
Zakład w czasie okupacji podlegał Radzie Głównej Opiekuńczej. W marcu 1940 roku RGO przysłała do Turkowic pierwszą grupę dzieci z Warszawy. W roku 1940 do Turkowic przewieziono ponad 200 maluchów. Podobnie było w latach późniejszych. Do Turkowic przywożono też żydowskie dzieci. Oficjalnie mieszkały w zakładzie, jako polskie sieroty. Zmieniano im imiona i nazwiska, metryki urodzin. Od nowa pisano życiorysy. Wszystko po to, aby zapewnić dzieciom maksimum bezpieczeństwa. Siostry zdawały sobie sprawę z grożącego im niebezpieczeństwa. Odnalezienie jednego żydowskiego dziecka mogło być wyrokiem śmierci na cały dom zakonny.
O grozie transportu „niebezpiecznych", czyli żydowskich dzieci z Warszawy do Turkowic, na łamach miesięcznika „Więź" w 1987 roku opowiadała Cezaremu Gawrysiowi siostra Hermana (Józefa Romansewicz). Oto jej opowieść: - Gdy wiozło się z Warszawy dzieci, wśród których były żydowskie, ludzie w pociągu się bali. „Na nieszczęście siostra z nami jedzie - mówili. - Przecież tu są żydowskie dzieci". Na ten temat nie nawiązywałam rozmowy, lecz odpowiadałam krótko, że nie dochodzę, jakiego są pochodzenia, tylko wiem jedno, że to są sieroty i trzeba się nimi zaopiekować. Dzieci żydowskie wyróżniały się bardzo. Gdy brały jedzenie do buzi, to trzy razy się żegnały. „Nie żegnajcie się tak często, bo ludzie pomyślą, że jesteście Żydami - tłumaczyłam im, ale nie na długo to pomagało. W Rejowcu trzeba było czekać całą noc. Poczekalnia była tak przepełniona, że dzieci stały. Pewien Niemiec był uczciwy, kazał Cyganom się podnieść, a dzieciom na to miejsce położyć. Wtedy żydowskie dzieci poklękały do modlitwy i zaczęły odmawiać z akcentem żydowskim „Ojcze nasz, któryś jest w niebie", na co ludzie z przerażeniem mówią znowu, że to są żydowskie dzieci. Posłyszały te słowa, bo przerwały i położyły swoje kędzierzawe główki do spania. Ale strach nie minął, bo zdarzało się, że i przez sen dziecko żydowskie krzyknęło coś swoją mową. Wtedy dla ratowania sytuacji trzeba je było zbudzić. Tak byłam przejęta, że tylko patrzyłam, czy Niemcy nie zabiorą podejrzanych dzieci...".
Takich transportów było kilka. Zdarzyło się nawet raz, że siedmiorgu dzieciom o najbardziej semickim wyglądzie na czas podróży zabandażowano głowy. Gdy ktoś pytał siostry odpowiadały, że maluchy ucierpiały w pożarze. Świadkowie i uczestniczy tamtych zdarzeń w licznych publikacjach na ten temat wspominają, że ukrywanie dzieci żydowskich było możliwe dzięki postawie s. Polechajłło. To także dzięki jej opanowaniu i dyplomacji przez niemal całą wojnę udało się utrzymać neutralność placówki i nietykalność znajdujących się na jej terenie osób. A siostry bały się nie tylko tych spod znaku UPA, ale też tych z AK.
Jednak wiosną 1944 r. śmierć zajrzała i do zakładu. Po wymordowaniu w Gozdowie przez ukraińskich nacjonalistów polskiej obsługi kolejki wąskotorowej, Turkowice zostały niemal odcięte od świata. Siostry zmuszone były chodzić po zakupy, listy do oddalonych o 10 kilometrów Werbkowic. Czasami jeździły drezyną (trzeba ją było pchać). 16 V 1944 r. w okolicach Sahrynia Ukraińcy zamordowali siostrę Longinę Trudzińską i 7 dzieci. Zwłoki odkryto przypadkowo, dopiero wiosną 1975 r.
Ukraińscy nacjonaliści nigdy nie zdecydowali się zaatakować zakładu.W 2007 roku w 63 rocznicę tragicznych wydarzeń społeczeństwo Turkowic i byli wychowankowie sierocińca ufundowali bohaterskiej siostrze Leonginie oraz jej siedmiu wychowankom pamiątkowy obelisk.
Zakonnice - wrogi element
Powojenna zmiana granic spowodowała, że zgromadzenie musiało pozostawić za Bugiem ponad 100 domów zakonnych. W połowie lat 50. na zakon spadł kolejny cios. Władza ludowa wyrzucała zakonników i zakonnice ze szpitali, szkół, przytułków, domów dziecka.
We 1951 roku Siostry Służebniczki NMP w związku z upaństwowieniem zakładu opuściły Turkowice. Siostra Stanisława Polechajłło wyjeżdżała z Turkowic jako ostatnia, 15 września 1951 roku. Odjeżdżała furmanką odprowadzana do stacji w Werbkowicach przez jednego ze starszych wychowanków. Prowadzony przez państwo Dom Dziecka nie działał długo. Rozwiązano go w 1954 r. na skutek zupełnego rozprężenia dyscypliny. W budynku zakładu władze urządziły na kolejne 8 lat Wojewódzki Ośrodek Szkolenia Traktorzystów, a potem szkołę rolniczą.
W 1955 roku zostały zwolnione z pracy w szpitalu w Hrubieszowie. Mniszki znalazły pracę w domach zakonnych w Tyszowcach i Sahryniu, gdzie pełniły posługę katechetyczną i pomagały w opiece nad kościołem.
O wiele dłużej siostry utrzymały się w szpitalu w Tomaszowie Lubelskim. To zasługa doktora Janusza Petera. W 1960 roku pracowało tam jeszcze blisko 20 zakonnic. W 1964 r., po śmierci Janusza Petera, dyrektorem szpitala został Jan Żukowski. I to on rozpoczął zwalnianie sióstr.
- Po wyrzuceniu ze szpitali i domów dziecka, zwolnieniu ze szkół, siostry zostały bez środków do życia - mówi siostra Marta.
Propaganda komunistyczna argumentowała: „Szkoła ma usilnie dążyć do dania dziatwie podstaw, na których będzie się kształtował światopogląd naukowy i moralność socjalistyczna i w ten sposób wychować wiernego obywatela państwa socjalistycznego, czemu z pewnością nie pomaga obecność sióstr zakonnych jako nauczycielek".
Wszystkie usuwane z pracy w szkołach siostry otrzymywały z Ministerstwa Oświaty w Warszawie pismo o następującej treści: „Na podstawie art. 53 ustawy z dnia 11 lipca 1926 r. o stosunkach służbowych nauczycieli przenoszę Obywatelkę z dniem... w stan nieczynny z powodu okoliczności, nie pozwalających ze względu na dobro służby na dalsze zatrudnienie Obywatelki na dotychczas zajmowanym stanowisku".
W 1954 r. już żadna zakonnica nie pracowała jako nauczycielka w szkole powszechnej. Mniszkom pozostawiono możliwość pracy w zakładach opiekuńczo-wychowawczych, bo władze PRL uznały, że oddziaływanie sióstr zakonnych na dzieci niepełnosprawne intelektualnie nie stanowi zagrożenia dla władzy ludowej, a tym samym i dla ustroju.
Służebniczki tylko w Tuligłowach
Siostry Służebniczki NMP prowadzą dziś na Lubelszczyźnie jedynie sierociniec w Tuligłowach koło Krasnegostawu. Tak jak i inne zgromadzenia, borykają się z problemem spadku powołań. To efekt niżu demograficzne, ale nie tylko.
- Problemy współczesnego świata nas nie omijają. Dziewczyny mają teraz inne aspiracje, oczekiwania, wyznają inne wartości, są słabsze psychicznie. Jednak są takie, które decydują się na podjęcie takiej formy życia. Przychodzą głównie te, które ukończyły szkołę średnią, ale coraz częściej również starsze - mówi siostra Marta.
Pierwsze cztery lata po wstąpieniu do zakonu to czas formacji duchowej, weryfikowanie czy dana osoba nadaje się do stanu duchownego, czy jest na tyle dojrzała, aby odpowiednio wykonywać swoje obowiązki. Dopiero po 4 latach formacji siostry składają pierwsze śluby, po kolejnych pięciu latach - śluby wieczyste. Do tego czasu mają podjąć decyzję - czy chcą trwać w stanie zakonnym.
Założone przed 161 laty zgromadzenie ma 176 domów zakonnych, w których jest 998 sióstr. 198 z nich pracuje w 58 domach zgromadzenia poza granicami Polski, od Ameryki Północnej po Syberię. Zgromadzenie Sióstr Służebniczek NMP jest jednym z największych (jeśli chodzi o liczbę zakonnic) w Polsce. Mniszki prowadzą ochronki dla dzieci przedszkolnych, są katechetkami i wychowawczyniami. Pełnią służbę w zakładach opiekuńczo-leczniczych dla dzieci o różnym stopniu niepełnosprawności intelektualnej lub fizycznej. Pracują w szpitalach, domach opieki, przychodniach i w parafiach.
Świeckie początki
Służba dzieciom, ubogim i chorym to trzy elementy charyzmatu Zgromadzenia Sióstr Służebniczek NMP. Twórcą idei był ziemianin Edmund Bojanowski z miejscowości Grabonóg koło Gostynia. Wykształcony, głęboko religijny, patriotycznie wychowany zaangażował się w zwalczanie biedy, krzewienie edukacji, opiekę nad dziećmi. W 1850 r. w Podrzeczu koło Gostynia założył pierwszą ochronkę. Do opieki nad dziećmi zgłosiły się trzy wiejskie dziewczyny. Ten dzień przyjmuje się za początek zgromadzenia zakonnego Sióstr Służebniczek NMP. Swój pierwszy poważny test siostry przeszły w 1866 r., kiedy w okolicach Gostynia wybuchła epidemia cholery. Opiekowały się chorymi. Niestety, kilka mniszek zmarło. W tym czasie Bojanowski napisał regułę zgromadzenia i mianował pierwszą przełożoną. Nad stroną duchową, właściwym przygotowaniem teologicznym czuwał, czyli dbał o „formację wewnętrzną" o. Teofil Baczyński, jezuita. Zgromadzenie się rozwijało. Swoją działalność przeniosło do Galicji i na Śląsk. Ziemianie oddawali siostrom pomieszczenia, w których urządzane były ochronki.
Bojanowski w wieku 55 lat zdecydował się rozpocząć studia w Seminarium Duchownym. Przerwał je ze względu na stan zdrowia. Umarł dwa lata później. W 1999 roku został beatyfikowany przez papieża Jana Pawła II.
© Robert Horbaczewski
zdjęcia archiwalne: archiwum SS w Starej Wsi.
